Dodaj kanał RSS do serwisu Startowy.comRSS
mblog.pl
stat4u



trzysta pięćdziesiąt jeden
2010-08-26 | 21:11:52
autor: jutro |  ()

Zawsze chciałam dostać coś po znajomości. Więc kiedy szukając pracy zobaczyłam ogłoszenie z mojej księgarni niewiele myśląc wykonałam telefon do Kuzyna, który tam pracuje. Na moje (nie)szczęście Kuzyn okazał się być tam gruuubaśną rybą (pomimo że chudy jak patyk) i dyskretnie polecił moje CV. Pracę dostałam i od razu zaczęły mnie jakieś zmory prześladować. Że w sumie to lepiej by było tą pracę dostać swoim własnym wysiłkiem, bo tak mieć na tacy podane to niewielka satysfakcja. Kierowniczka, dzięki Bogu moje zmory rozwiała, stwierdziła, że moje CV było tylko do niej przesłane z dyrektorskiego maila, a ja autentycznie bardzo się jej spodobałam na rozmowie i żadnych protekcji ani pleców podczas rekrutacji nie było.
Więc szczęśliwie pracowałam sobie spokojnie, unikając jak ognia wszelkich kontaktów z Górą. No bo w końcu nie wiadomo, co tu robić, kiedy się taką Górę na swojej drodze spotyka - czy się grzecznie ukłonić na dzień dobry czy się od razu na misia rzucać z buziakiem, jak to w rodzinie. No i przede wszystkim nikomu się nie przyznawałam do żadnych więzów krwi, żeby przypadkiem nie prowokować jakiejś sztucznej ostrożności czy ogólnej niechęci.
Aż do dzis.
Dzisiaj wpadła do księgarni Kuzynka. Kuzynka, który przez dłuższy czas była przedstawicielką Wielkiego Szanownego Wydawnictwa i ściśle z naszą firmą współpracowała, również towarzysko. Bez oporów więc rzuciła się na misia najpierw na moją kierowniczkę, jako że się od dawna znają, a potem od razu na mnie. Kuzynka zawsze gada dużo, głośno i hałaśliwie, więc po pierwszych 5 minutach rozmowy z całą naszą 4 współpracowników wyspowiadała się, że my oczywiście rodzina, i to bliska bardzo, że Dyrektorska Góra to też ten sam klan i że w ogóle jest fantastycznie. Żywym ogniem mi twarz zapłonęła, łącznie z uszami. Włosy miałam w kucyk związane, więc idealnie było widać;)
A na koniec dodam jeszcze, że Kuzynka już jakiś czas temu wyniosła się z Wielkiego Szanownego Wydawnictwa i z radością zajęła dość wysoki stołek w Szkole Wyższej, w której zamierzam studiować od października.
Rodzinę mam wcale niedużą, a wszędzie gdzie się nie wybieram tam oni;)

buźka:)



trzysta pięćdziesiąt
2010-08-17 | 23:57:50
autor: jutro |  ()

Wywołałam wilka z lasu.
Narcyz sie uaktywnił, burząc mój misternie budowany spokój.
Zadzwonił do mnie w samym środku mojej pracy, kiedy to akurat zrobiłam sobie krótką przerwę w przyjmowaniu dostawy kilkuset podręczników i właśnie miałam przełknąć pierwszą łyżkę gorącego maminego barszczyku. I stwierdził, że może już wystarczy tej przerwy w naszych kontaktach i co ja o tym myślę. Myślałam raczej o tej ogromnej dostawie i stygnącym barszczu, który notabene z miejsca przestał mi smakować, więc kazałam zadzwonić wieczorem. W międzyczasie skonsultowałam to z Dużą Mądrą J. i za jej radą doszłam do wniosku, że chcę sobie spokojnie układać życie, chwilowo bez przeszłości, bez Narcyza i jego obecność mnie tylko rozchwieje. Tak, jestem Poukładana Myśląca Pauliś i tak właśnie zrobię. Zapomniałam tylko (chociaż mi się to gdzieś tłukło w głowie), że jestem również Pauliś-Najmniej-Asertywna-Istota-Na-Świecie, więc kiedy Narcyz zadzwonił wieczorem z tym samym pytaniem, język kołkiem mi stanął zupełnie i wydukałam "...nie wiem...". A zaraz potem szybkie "co u ciebie".
Ostetecznie to...naprawdę nie wiem. Tak mi się fajnie rozmawiało, tak po prostu o niczym, o duperelach. W mojej wrodzonej naiwności wydaje mi się, że może jakies spotkanie albo coś wcale by mi nie zaszkodziło. Tylko czy warto ryzykować mój prywatny spokój...? Cudownie, że na oddziale nauczyłam się po prostu usiąść na tyłku, poczekać i zobaczyć co będzie, co ja będę o tym myśleć za parę dni lub tygodni. Na razie nic, żadnych kroków ani decyzji.

A ostatnio do mojej językowej księgarni weszła czarnowłosa hiszpanka i chciała kupić książkę "Artificial Fertilisation". Uśmiałam się do łez.



trzysta czterdzieści dziewięć
2010-08-15 | 13:55:50
autor: jutro |  ()

Czas na reaktywację.

Nie jestem do końca pewna co mi z tego wyjdzie, nie obiecuję w żadnym wypadku, że będę znów pisać regularnie. Ale. Powrót do bloga siedzi mi w głowie od dobrych paru dni i absolutnie nie da się tego zagłuszyć. Jak mus to mus zatem.

Nie jest bynajmniej tak, że wracam tu bo znów mi źle. Pomimo, że niezaprzeczalnym faktem jest, że dzisiaj humor mam akurat kiepskawy, to ogólnie czuję sie dobrze. Normalnie.

Czuję, że jestem wam winna jakiś telegraficzny skrót ostatniego roku...

Żyliśmy sobie z Narcyzkiem spokojnie na krakowskim Kurdwanowie. Było świetnie, kapitalnie się dogadywaliśmy. Wszystkie większe i mniejsze kryzysy trzymaliśmy szczelnie zamknięte za drzwiami naszego pokoju, więc dla wszystkich wokół byliśmy idealną parą. Miały być zaręczyny i przeprowadzka do Wrocławia. Przeprowadzka i owszem nastąpiła, ale osobno, a zamiast zaręczyn było rozstanie. Ponieważ w Narcyzowej głowie nagle się okazało, że wcale nie jesteśmy szczęśliwi i on wcale a wcale nie potrafi być ze mną. Po paru miesiącach przemyśleń przyznaję mu rację.
No więc zerwaliśmy gdzies w marcu. A byliśmy razem gdzieś do lipca. W międzyczasie w czerwcu wyprowadziłam się do domu, do Wrocławia...i on też. Nie chciał ze mną być, ale nie potrafił się ze mną rozstać. W lipcu podjęłam ostateczną decyzję o zerwaniu kontaktu, bo inaczej nigdy nie mielibyśmy jasnej sytuacji miedzy nami.
Cały ten kilkumiesięczny okres rozstania wykończył mnie psychicznie do tego stopnia, że nawet się cieszę, że nie ma go w moim życiu z całym swoim narcyzmem i chwiejnością decyzji. Tęsknie czasem, ale nie płaczę po nocach.
Nawet się śmieję, że to jest jedyny facet na całym świecie, któremu się udało mnie doprowadzić do granic wytrzymałości;)

Mieszkam sobie więc w domu i nie jest tak źle;) Mama i brat nie doprowadzają do szału, ale tylko wkurzają czasami. Mam spokojną fajną pracę i ogólnie wiodę nudne zycie. Czasem się wkurzam na tą nudę, chociaż zawsze następnego dnia stwierdzam, że jednak bardzo sobie ją cenię - ten spokój i stabilizację.
Czekam z utęsknieniem na październik, kiedy to w końcu zacznę wymarzoną anglistykę. I poznam jakichś ludzi, bo samotnie mi tu.
Dawne przyjaźnie i znajomości z wro w większości się pourywały, oto cena jaką płacę za tułanie się po świecie przez ostatnich parę lat, za paraliż paluszków też.

Muszę tu trochę pozmieniać na blogu, bo skoro ja już jestem zupełnie inna JA, to i blog musi się zmienić...



trzysta czterdziesci osiem
2009-06-05 | 09:22:01
autor: jutro |  ()

Zbieram sie i zbieram do tej notki i zabrac sie ostatecznie nie moge.
Agusia sie doprasza o wpis, Malenka pisze smsy ze sie martwi, a ja w jakiejs dziwnej stagnacji. I z paralizem paluszkow, bo nawet 3 zdan na tym blogu od miesiaca nie moge wyklikac.
No i wszyscy sie pytaja jak jest a ja w sumie nie mam pojecia jak jest.
Jest dobrze, bo radze sobie z codziennym zyciem, bo mam Narcyzka, bo sie mocno kochamy, bo nie klocimy sie codziennie o obiad, sprzatanie, czy smieci. Bo w pracy coraz spokojniej, bo juz nie jest az tak stresujaco.
No i w sumie kiepsko tez jest, bo...
...wlasnie, bo co...?
W srodku siebie mam kilka wrednych drzazg, ktore mnie uwieraja, znow strasznie duzo zlosci i frustracji, o ktorej nie wiem skad, jak i dlaczego, troche smutku i jakiegos ogolnego rozdziamdziania. Zmusic sie nie moge, zeby sie odzywac do ludzi, zeby utrzymac kontakt, paraliz paluszkow pojawia sie rowniez razem z mysla o napisaniu smsa do kogos, do znajomych z wro, do ludzi z oddzialu. Chroniczny 24godzinny wyrzut sumienia z tego powodu tez jest dosc ciezki do zniesienia.
Mam coraz wiecej znakow zapytania, coraz mniej wiem o sobie, coraz mniej rozumiem. Lista "Rzeczy Ktore Chce Przerobic Na Terapii" wydluza sie z kazda minuta.

Odwazylam sie w koncu ojca poprosic o bycie ojcem - w sensie podjecie w koncu jakiejs odpowiedzialnosci za swoje dziecko - i sfinansowanie mi terapii z Kinga przez kilka miesiecy.
Nie byl zbyt szczesliwy, generalnie stwierdzil, ze jak bede twarda to wszystko bedzie dobrze. Ostatecznie po naciskach wybelkotal, ze ok, to jakas kase przysle w polowie czerwca.
Ostatecznie, przy jego EURO-pejskich zarobkach jakies E50 miesiecznie na terapie to nie jest duzy wydatek, no nie?

Polowa czerwca, polowa czerwca, polowa czerwca....dam rade.

Mysle ze nie jest jakos tragicznie, to tylko kryzysy, to tylko kilka dni w tygodniu kiedy czuje sie do dupy, w reszte dni jest ok...
Dobrze, ze Narcyzek taki cudowny i cierpliwy i wszystko znosi i rozmawia i przytula i wspiera.

Terapia, terapia, terapia, terapia, terapia. Ja chce do Kingi.

 




szablon: Ylka dla: Linkup